Menu

5lat

Dzisiaj jest: 25 Wrzesień 2017    |    Imieniny obchodzą: Aurelia, Władysław, Kamil
NAJNOWSZE:

Zdrowie i choroba (cz. 9)

fot. brzozowiana fot. brzozowiana

     Wszędzie, czy to na wsiach, czy w miasteczkach, czy we dworach panował powszechny strach przed chorobami. Źródłem tego lęku były fatalne, wielowiekowe doświadczenia. Wszak przynajmniej raz na kilkadziesiąt lat wybuchały w kraju epidemie: czarnej ospy, dżumy, cholery. Zwano je rozmaicie: morem, powietrzem, białą panią, czarną śmiercią lub morową zarazą. Choroby te bezlitośnie atakowały ludzi wszelkich stanów.

    Szerzeniu się straszliwych epidemii, unicestwiających czasem całą ludność danej miejscowości, sprzyjały złe warunki higieniczne i niewiedza medyczna. Dochodziły do tego: bieda, niedożywienie i ciężka praca. Źródłem zarazków była często woda pitna i prymitywne urządzenia sanitarne, otwarte rynsztoki, do których wrzucano martwe zwierzęta oraz wylewano nieczystości i odchody.

     Wielka epidemia dżumy, która w połowie XIV wieku uśmierciła jedną trzecią ludności Europy, w Polsce nie przybrała aż tak zastraszających rozmiarów. Jednak różne zarazy pojawiały się u nas cyklicznie w następnych wiekach, zwłaszcza w okresach wojen. Zdarzały się one nawet w XIX wieku, epoce szybkiego postępu medycyny. W 1831 r.  armia rosyjska przywlokła na ziemie polskie szczególnie groźną odmianę cholery.

     Ostatnią epidemią, która dotknęła całą Europę, była tzw. hiszpanka. Grypa ta pochłonęła w 1918 r. więcej ofiar niż I wojna światowa.

      Nawet, gdy nie szalała żadna zaraza, ludziom doskwierały choroby przewodu pokarmowego, grzybica, gruźlica, świerzb, szkorbut, liszaje, wrzody, reumatyzm, bóle zębów i dziesiątki innych schorzeń, mających swe przyczyny również  w warunkach bytowania.

     Sądzono powszechnie, że powód dolegliwości tkwi w świecie zewnętrznym – pozadomowym. Przecież chorobę uważano za coś w rodzaju żyjącej istoty, nawiedzającej rodzinę. Świadczyło choćby o tym nazewnictwo: „biała pani”, „morowa panna”. Przedstawiana była jako postać kobieca w woalach i z kosą. Tak przedstawił ją  np. Artur Grottger na obrazie „Puszcza”. Znaną nosicielką zła zalęgającego się w ciele człowieka, powodującą duszności i kłopoty z sercem, była zmora – paskudna, przerażająca postać, przedostająca się do domu pod osłoną nocy.

      Ponieważ choroba – jak mniemano -  pochodziła z zewnątrz, ze świata i najczęściej była skutkiem działania złych mocy, należało im zdecydowanie przeciwdziałać: na magię odpowiedzieć magią. ”W imię Boże, skądeś się wzięła, różo, czy z wiatru, czy z śmieci, czy z jakichś wiecheci? Ustąp, różo, z bólem, z kołtunem, dobrowolnie, wleź w ziemię głęboko, jak słońce na niebie wysoko…” – tak brzmiało ludowe zaklęcie przeciw chorobie zwanej różą. Urok trzeba było odczynić, dręcząca zmorę przepędzić, złe, morowe powietrze zmienić dymem z ziół, kadzideł lub świętych ognisk. Takie ogniska rozpalano np. w dniu św. Rocha (16 sierpnia), patrona chroniącego od zarazy – jak pisze Krystyna Kwaśniewicz w rozdziale o „Zwyczajach i obrzędach rodzinnych” w „Etnografii Polski”. Wierzono, że węgielki wyjęte ze świętych ognisk ochronią dom i rodzinę.

         Modlitwa i magia były najskuteczniejszymi środkami przeciw chorobom. Przed zarazą chronili święci: Roch, Sebastian, Antoni, Rozalia. Noszono tzw. karawaki -  krzyże o dwóch poprzecznych ramionach, oznakowanych siedmioma mniejszymi krzyżykami i magicznymi literami. Podobne krzyże, tyle że duże stawiano na krańcach osad lub na rozstajach dróg. W domach chłopskich i we dworach szlacheckich wisiały święte obrazy, przed którymi odprawiano modlitwy w chwilach zagrożenia, np. podczas epidemii.

      Starano się również przenieść ludzką chorobę na zwierzęta: koty, psy, konie. Można ją było puszczać z nurtem rzeki, zabijać kołkami w dziuplach drzew,  zakopywać, porzucać na rozstajach. Do tego magiczno-oczyszczającego aktu  niezbędne były przedmioty należące do chorego: fragmenty przyodziewku,  kosmyk włosów, czy skrawek paznokcia. Jeśli jednak przenoszenie na zwierzęta i rzeczy martwe nie skutkowało, istniała możliwość odpędzenia lub przestraszenia choroby. Dość powszechne było okadzanie ziołami izby, w której spoczywał cierpiący, spluwanie, wieszanie na plotach lub przy wejściach końskich czaszek, a na przydrożnych krzyżach brzydkich szmat, symbolizujących chorobę. W przypadku niedomagania wielu osób praktykowano też okrążanie domu albo wsi magicznym kołem.

    Niektóre ze stosowanych metod bywały skuteczne i z czasem zaakceptowała je nawet medycyna konwencjonalna. Można tu wymienić ziołolecznictwo, stawianie baniek lub pijawek, działanie na psychikę poprzez sugestię, kąpiele w wywarach z ziół, okłady rozgrzewające, zażywanie nalewek alkoholowych z roślin np. bakteriobójczego czosnku, przeciwgorączkowego kwiatu lipowego lub słonecznika, czarnego bzu oraz bursztynu, czy borówek przy problemach trawiennych. Niemal wszystkie te środki używane były przez wiele stuleci, a ich rodowód sięgał prawdopodobnie jeszcze czasów przedchrześcijańskich. Niektóre ze sposobów leczenia zapożyczono od ludności napływowej: Cyganów, Rusinów, Tatarów, Żydów. Inne pochodziły z „apteczek” znachorów, którzy mieli często duże doświadczenie. Znachorzy cieszyli się popularnością, pomagali nie tylko chłopom, ale i szlachcie. Znachor umiał wszystko: rozpoznał chorobę, zamawiał ją, a kiedy to nie pomagało – stosował praktyki magiczne oraz leki własnego wyrobu, głównie wywary z ziół, maści pochodzenia zwierzęcego, jak sadło borsucze, smalec gęsi i psi.

     Na dworach królewskich, magnackich i szlacheckich praktykowali medycy po akademii, lekarze zakonni i aptekarze posiadający zestawy podstawowych leków. Ludziom zamożnym lekarze zalecali driakiew – panaceum, czyli lekarstwo na wszystko. Wiara w jego istnienie była powszechna przez wieki.  Driakiew opisał wszakże lekarz starożytnego Rzymu, Grek Klaudiusz Galen (ok. 130 – ok. 200). Zawierała kilkadziesiąt składników, a jej podstawą był jad żmii.  Był to lek bardzo drogi. Sprowadzano go do Polski z Italii i z Niemiec. Krążący po wsiach olejarze masowo handlowali podróbkami driakwi.

     Między XV, a XVIII  stuleciem wśród szlachty i ludu wielce cenionym lekiem były rogi i kopyta łosia. Wyrabiano z nich amulety lecznicze w postaci bransolet, kółek wieszanych na szyi, pierścieni oraz sporządzano rozmaite proszki do łykania i okładania bolących miejsc. Przez całe wieki jednym z najczęściej stosowanych zabiegów leczniczych było puszczanie krwi. Nie zawsze zresztą wychodziło to choremu na zdrowie.

     Wierzono, że śmierć lub ciężką chorobę przynosiło  spojrzenie „urocznych” oczu, a także czary i klątwy nieżyczliwej osoby, która podrzuciła coś z cmentarza, np. kawałek drewna z trumny – jak pisze Zuzanna Śliwa o zwyczajach rodzinnych w  „Encyklopedii polskich tradycji”.  Niemoc mogło też sprowadzić zbyt jasne światło księżyca, jeśli się w nie długo wpatrywało, albo słońca, jeśli suszyło się w jego blasku bieliznę, zwłaszcza dziecięcą. Poza tym przyczyną cierpień były robaki (glisty, owsiki, tasiemce) – pasożyty.

    Chory, przebywający w jednej izbie  z pozostałymi domownikami, a często i zwierzętami, rzadko miewał osobne łóżko. W nocy spał ze zdrowymi, nie mógł też liczyć na specjalną opiekę, ani nawet na świeże powietrze, bowiem to… szkodziło. Ludzie żyli w przekonaniu, że chorego należy „trzymać ciepło”.

     Kometa pojawiająca się na niebie lub deszcz spadających gwiazd niósł – jak sadzono – zapowiedź licznych, gnębiących ludzi nieszczęść: moru, zarazy, głodu, większej niż zazwyczaj śmiertelności dzieci.

    Drzewem śmiertelnego snu nazywano cis. Jego sok jest silną trucizną, a obecnie coraz częściej uważa się, że jest pomocny w schorzeniach nowotworowych (oczywiście w formie odpowiedniego preparatu). Drzewem zdrowia był jesion. W wielu starożytnych mitologiach był drzewem bogów, spod którego wytryskiwały źródła mądrości. Kto się napił tej wody, zostawał jasnowidzem. W odległej przeszłości jesion w świętych gajach u Słowian był czczony jako roślina niemal boska. Wywar z liści i kory tego drzewa usuwał dolegliwości brzuszne. Ludzie zmęczeni pracą lub słabi chętnie się kładli w jego cieniu – zsyłał bowiem ozdrowieńczy sen.

      Przez wieki wierzono, że niemal każde drzewo ma właściwości lecznicze. Wierzbę np. uznawali za silny środek przeciwgorączkowy, leszczynę i orzech za leki na „złą krew”, trawienie oraz nerwy, bóle reumatyczne, a nawet utratę pamięci. Podobne działanie miały lipa i kasztanowiec. Sosnowe szyszki i pąki leczyły nieżyty dróg oddechowych, wrzosy astmę i ból zębów. Obecnie z młodych pędów sosny wyrabia się wiele preparatów np. syropy łagodzące kaszel.

     Każda nawet najmniejsza miejscowość miała swojego „medyka”. Raz był to zielarz lub zielarka, kiedy indziej znachor albo „babka”, czyli zielarka i czarownica w jednej osobie. Za zdolnych do leczenia uważano powszechnie owczarzy, olejarzy, a także dziadów wędrownych. Ci ostatni umieli też zamawiać i zaklinać choroby. Wszyscy budzili lęk, czasem nawet nienawiść, ale w razie potrzeby wzywano ich do łoża boleści.

     Na koniec warto przypomnieć, że pierwsza na świecie apteka, w której dokonywano obrotu lekami powstała w Bagdadzie (w Iraku) w 776 roku. W Europie, a konkretnie w Neapolu otworzono aptekę w 1140 roku, w Paryżu ok. 1180 roku, a w Polsce pierwsza apteka prawdopodobnie założona została wraz ze szpitalem w 1232 r. w Gnieźnie. W 1336 r. istniała apteka w Krakowie.

     W Polsce w XIV wieku istniał już wydział lekarski Akademii Krakowskiej. W tym czasie europejską sławę zyskał praktyk  J. Radlica. Najznakomitszym lekarzem przełomu XVI wieku był Maciej z Miechowa, a autorem pierwszego herbarium, tj. zielnika (1537 r.) S. Falimirz. Najwybitniejszy lekarz epoki Odrodzenia J. Struś, był autorem m.in. znanej rozprawy o tętnie (1555 r.). Pod koniec XVI wieku prekursor m.in. balneologii polskiej W. Oczko wydał pierwsze dzieła medyczne w języku polskim. Rozwój medycyny polskiej nastąpił w II połowie XVIII wieku m.in. dzięki reformom Komisji Edukacji Narodowej. Stopniowo powstawały medyczne ośrodki nauczania w Warszawie, Poznaniu, Wilnie i we Lwowie.

                                                                                        Halina Kościńska

Ostatnio zmienianywtorek, 12 wrzesień 2017 21:51
Więcej w tej kategorii: « Higiena cz. 8
Powrót na górę

Gmina Brzozów

  • Brzozów
  • Górki
  • Grabownica Starzeńska
  • Humniska
  • Przysietnica
  • Stara Wieś
  • Turze Pole
  • Zmiennica
  •  

Gmina Domaradz

  • Domaradz 
  • Barycz
  • Golcowa

Gmina Dydnia

  • Dydnia
  • Grabówka
  • Hroszówka
  • Jabłonka
  • Jabłonica Ruska
  • Końskie
  • Krzemienna
  • Krzywe
  • Niebocko
  • Niewistka
  • Obarzym
  • Temeszów
  • Ulucz
  • Witryłów
  • Wydrna

Gmina Haczów

  • Buków
  • Haczów
  • Jabłonica Polska
  • Jasionów
  • Malinówka
  • Trześniów
  • Wzdów

Gmina Jasienica Rosielna

  • Jasienica Rosielna
  • Blizne
  • Orzechówka
  • Wola Jasienicka
  •  

Gmina Nozdrzec

  • Nozdrzec
  • Hłudno
  • Huta Poręby
  • Izdebki
  • Siedliska
  • Wara
  • Wesoła
  • Wołodź

Gmina Dynów

  • Dynów
  • Bachórz
  • Dąbrówka Starzeńska
  • Dylągówka
  • Harta
  • Laskówka
  • Łubno
  • Pawłokoma
  • Ulanica
  • Wyręby
  •  

Powiat

  • Warto zobaczyć
  • Inne zdjęcia
  • Regionalne