Gasnąca świeca życia …
- Napisał Admin
- wielkość czcionki Zmniejsz czcionkę Powiększ czcionkę
Stanąłem przy naszym wspólnym łóżku, na którym Ty teraz leżysz
I patrzysz długo w sufit i sama sobie nie do końca wierzysz,
Że to Twój koniec ziemskiego życia zbliża się powoli,
A mnie w gardle ściska, łzy z oczu płyną i serce boli.
Nie śpisz już po nocach, bo spać nie daje Ci choroba,
Mówisz, że boli Cię: brzuch, żołądek, kości i wątroba.
I że bardzo tęsknisz za pełnią zdrowia, normalnością
I że do życia bardzo pałasz wielką – ogromną miłością.
Kiedy się budzisz w nocy, czasami ja nie widzę tego.
Idziesz sama do łazienki, a mnie nie budzisz śpiącego.
I tam siedzisz godzinami, cierpisz, myślisz i przeżywasz
I Pana Boga prosisz i o przywrócenie zdrowia wzywasz.
Masz Ty ogromną cierpliwość i ból w sercu chowasz,
I starasz się ukryć, jak słabnie i przycicha Twoja mowa.
Widzę jak powoli gaśniesz, jak ciężko Ci już chodzić samej po schodach
i jak częściej niż zwykle w płaczu drżą Twe usta i broda.
I jak mówisz do mnie, bym pamiętał o dzieciach i kochanych wnukach,
I aby oni docenili, czym jest starszych doświadczenie i życiowa nauka.
Przypominasz o tym, aby nie zaniedbywali świętej wiary,
Nieważne czy jest się jeszcze młodym, czy też już starym.
Podziwiam Twoją Beato silną wole, spokój
i opanowanie,
Podziwiam Twą tęsknotę do pracy i upór Twój Kochanie.
Jak wieczorami spacerowaliśmy pustymi ulicami naszego Brzozowa,
Pomimo tego, że byłaś już słaba i często bolała Cię głowa.
Ale chciałaś spacerować, podziwiać świat, oddychać wolnością,
I żyć normalnie, chociaż skromnie, cieszyć się miłością.
Tą do dzieci i wnuków, aby jak najdłużej trwała
I aby trochę więcej siły Matka Boża dała.
Wszyscy teraz zasmuceni, dzieci trwogę czują,
Bo matkę tak bardzo w swym życiu miłują.
Bo nie ma na tym świecie nic cenniejszego moje dziatki,
Jak życie i zdrowie ukochanej matki.
Bo to ona przecież od początku życia w trudzie
Starała się wychować dzieci by były z nich ludzie.
I dać im z mężem szczęście, to ciepło rodzinne
Które nie zastąpi żadna siła, czy bogactwo inne.
I Pan Jezus wysłuchał prośby, nasze gorące wołania,
I dał nam dobre dzieci – złagodził trud wychowania.
Dał zdrowie, opiekę, słoneczko nam zaświecił
A dzieciom też dał szczęście w postaci dobrych mężów oraz dzieci.
To wszystko bardzo cieszy, napawa dumą i radością,
Uczy, że należy zawsze poważnie postępować z miłością.
Bo miłość rodzi się w sercu i wysyła ciepła przyjazne kręgi,
A umacnia przy ołtarzu słowami małżeńskiej przysięgi.
I tu jest to spoiwo, ten magnez, więź, przyciąganie,
I bardzo smutno, kiedy jedna z osób odchodzi, a druga samotna zostanie.
I boli wtedy serce, żal ściska duszę, łzy po twarzy płyną
I rozmyślasz głęboko, co było nie tak, co smutku było przyczyną.
Niepotrzebne waśnie, gniewy, kłótnie, rodziny podzieliły,
I na długo w zatwardziałych sercach niepokój uczyniły.
Zburzyły rodzinny spokój, w ich miejsce nienawiść zasiały,
Bo wydawało się niektórym, że wszystkie rozumy pozjadały.
Nasz związek małżeński przetrwał wielkie burze
i napory,
Przeżyte 33 lata wspólne to życia ciemne i jasne kolory.
Były i emocje, gniewy, uprzedzenia, niepotrzebne złości.
I ciągłe pytania i poszukiwanie utraconej miłości.
A zawarty był 16 kwietnia 1988 roku w brzozowskiej kolegiacie
Rocznicę wyboru papieża Polaka – datę tę dobrze znacie.
A ślubu udzielił nam ówczesny proboszcz – legenda Brzozowa,
Szanowny ksiądz Julian Pudło – mądra była to osoba.
Teraz – po latach, kiedy zdrowie pragnieniem i marzeniem się stało,
Człowiek się zmienił, postarzał, zmieniło się jego ciało.
Zrozumiał, jakim skarbem jest życie we dwoje,
Niechby było tylko ciche, znosiło tylko życia znoje.
Powoli gaśnie Twa życiowa lampa, świeca się dopala,
I fizyczna miłość w smutku się oddala.
Pozostaje nostalgia, ból, niepewność i wspomnienie,
I nieustanna tęsknota i życia pragnienie.
Rozważasz w swym sercu wszystkie życiowe chwile,
Te dobre – o których wspomina się bardzo mile.
Ale i są te złe, smutne o których by się zapomniało
I gdyby było można, inaczej życiową kartę napisało.
Teraz, kiedy w ciemności nocy odmawiasz różaniec święty,
I prosisz żarliwie matkę Bożą, o cud zdrowia niepojęty.
Wierzysz w siłę modlitwy i Boską moc uzdrowienia.
Bo pięknie urządził Pan Bóg ten świat od początku jego stworzenia.
Ja też gorąco proszę Boga, Jego Matkę oraz Trójcę Przenajświętszą,
O cud uzdrowienia dla Ciebie, czując siłę większą.
Proszę gorąco i tak szczerze własnymi słowami
Głos mi się urywa, a jesteśmy z Bogiem i Maryją sami.
Matko Boża – nie zabieraj mi Beaty – niech jak najdłużej żyje,
Dla dzieci, wnuków i dla mnie niech jej serce bije.
Spraw by wyzdrowiała, żeby nie cierpiała i nic ją nie bolało
Aby zregenerowało się jej schorowane latami wiotkie ciało.
„Panie Boże Wszechmogący – niech przez Syna Twojego
Zstąpi na Beatę uzdrowicielska moc Ducha Świętego”.
I powtarzam te słowa stale – to modlitwa moja.
Ale dodaję też kończąc „…Bądź Wola Twoja”.
I proszę Boga jeszcze – jeżeli już gasił będzie żony życia świeczkę,
Aby przeszła w stan duchowy bez bólu – i aby trwało to chwileczkę.
Aby to przejście do wieczności, do domu Ojca swego
Było nagrodą i szczęściem, służbą przy Tronie Wiekuistego.
Bo chociaż jej tego nie mówiłem i rzadko się zwierzałem,
To mimo wielu cichych dni zawsze bardzo ją kochałem.
Nie wiedziała jak bardzo do niej moje samotne serce bije
I czeka na wzajemność, na czułość, bo to dla Niej żyje.
Jak nieraz latami w samotności na balkonie siedziałem
I marzyłem o jej bliskości, o dotyku rąk, ust ciepła myślałem.
To przecież tak niewiele, tak mało do szczęścia potrzeba,
By człowiekowi było miło, miał błogosławieństwo i wsparcie z nieba.
Jesteś bardzo dzielna, bo jak na kobietę przystoi
Każda przeważnie się trwoży, denerwuje o los rodziny boi.
Ty ze spokojem w głosie powoli i bez łezki w oku
Rozmawiasz ze wszystkimi, tulisz się do mego boku.
I prosisz cichutko „ Adam jak możesz to pomasuj mi plecy,
bo mnie bolą bardzo”, kość o kość ociera i skórę kaleczy.
A kiedy rozmasuję delikatnie bolące miejsca na Twym ciele,
To jestem też szczęśliwy, że możesz usnąć spokojnie mój aniele.
Dotykam Twego wychudzonego już bardzo ciała
I chciałbym byś taka jaka jesteś przy mnie jak najdłużej pozostała.
Bym mógł być z Tobą, dotykać Cię i do Ciebie mówić,
I kochać to wszystko co Ty – i wszystko to lubić.
Twoja twarz bardzo szczupła, smutna oraz duże, smutne oczy,
Patrzą teraz we mnie dłużej niż kiedyś we dnie oraz w nocy.
I widzę jak tęsknią za szczęściem życia, za tak cennym zdrowiem
I żaden poeta tego nie opisze, ani żadnym słowem nie wypowie.
Sklejone usta, wargi coraz bardziej ci wysychają,
A ręce Twoje co jakiś czas je smarują i je nawilżają.
Dłużej teraz Twoja głowa w dół jest opuszczona
Pochyla się nisko unosząc wychudłe ramiona.
Bardziej smutna i wyciszona teraz się już stajesz,
Widać, że wszystko to w głębi przeżywasz, wcale nie udajesz.
Nie zwierzasz się, nie opowiadasz swych żali nikomu,
Robi się bardzo smutno, nieswojo oraz pusto w domu.
Coraz ciszej mówisz do mnie na trud samotności mnie przygotowujesz,
Bo wiesz, że odchodzisz – wszystko to w swym sercu czujesz.
Zakładasz mi ręce swe na szyję, zaplatasz dłonie palcami,
Rozmawiasz ze mną bardzo czule, jesteśmy ostatni raz sami.
I teraz z obojga oczu rzewne łzy rozstania płyną,
I w gardle żal ściska i szepcze – nie rozstawaj się jeszcze z tą życia krainą.
Nie opuszczaj mnie jeszcze, może Bóg pomoże,
I da Ci jeszcze pożyć – ach proszę Cię Panie Boże.
Ale Ty już czujesz, że kres tej ziemskiej drogi jest bliski,
I za niedługo przekroczysz próg wieczności bez żadnej walizki.
I wejdziesz do Raju, krainy innego, duchowego już świata,
Gdzie niegdyś przed wiekami Pan Bóg z człowiekiem się zbratał.
I tak jeszcze razem w objęciach długo by tkwić się chciało,
I szeptać najczulsze słowa – ach, żeby serce tylko to wytrzymało.
Czuję płytki Twój oddech i gorzkie słowa rozstania,
To już chyba to ostatnie Twe słowa chwil pocieszania.
Jeszcze na koniec gorący i długi pocałunek rozstania,
Ach jaki on czuły i pełen bólu serca – nie do opisania.
A kiedy nasze usta się wreszcie rozdzieliły,
Poprosiłaś, aby nasze czoła raz jeszcze się przybliżyły.
I ze spokojem rzekłaś do mnie ostatnie Twe słowa, które pamiętał zawsze będę
„Adam – ja czuję, że tej nocy – chyba już odejdę”.
I tak się stało – a była godzina 23 30 i noc była w toku,
Pamiętnego 30 lipca 2021 roku.
I nastąpił koniec Twej trudnej życiowej drogi,
Siedem lat walczyłaś – ale los był dla Ciebie zbyt srogi.
I mi Cię zabrał i jakby powietrze ze mnie zeszło kiedy sam zostałem,
Ale to chyba tak jest – bo byliśmy całością i jednym ciałem.
Jeszcze na Twym zimnym ciele w trumnie trzy krzyżyki uczyniłem,
I przed ostatnim już spojrzeniem pobłogosławiłem.
Abyś kiedyś tam w „Górze” na mnie zaczekała
I tak samo jak tu na ziemi uśmiechniętą buzię miała.
Ostatnia Twa ziemska droga w pamięci zostanie,
Ogrom ludzi żegnających i przepiękne kazanie.
I nawet prze chwilę /przez kazanie/ niebo zapłakało
Ale już za chwilę było gorąco i słoneczko wyjrzało.
I tak jak wcześniej byłem przy łóżku Twoim, przy Tobie,
Tak dzisiaj stoję samotny we łzach przy Twoim już grobie.
A po twarzy łzy płyną, serce się miota i też rzewnie płacze,
Bo już Cię nigdy w ziemskim życiu nie zobaczę.
Ani Ciebie, ani głosu, ani pięknego pisma Twego
Nie poczuję też już nigdy perfum zapachu delikatnego.
A Twoje rzeczy pozostawione teraz szczególne znaczenie mają,
I oglądając je często smutek, a one łzy z oczu wyciskają.
Cóż – widocznie tak Pan Bóg chciał – skrócił Twe cierpienie
I być może przygotował dla Ciebie zbawienie.
A Ty patrzysz z góry na nas – i jak możesz to staraj się pomagać,
A my będziemy się szczerze modlić i o zbawienie Twej duszy błagać.
Brzozów, dnia 30 sierpnia 2021 r.