Menu
Dzisiaj jest: 21 Listopad 2019    |    Imieniny obchodzą: Albert, Janusz, Konrad


SANOK BĘDZIE ZAOPATRYWAŁ BRZOZÓW W WODĘ...3

plus brzozow
reklama

 

szansaa

Wianek mirtowy i trudy weselne cz. 3

fot. brzozowiana fot. brzozowiana

             W ostatni wieczór przed ślubem swat, starosta albo starszy drużba, ktoś kto sprawował zaszczytne rządy weselne, maszerował przez wieś z gromadą drużbów i druhen i wyśpiewywał na całe gardło:

Idę z wieńcem lawendowym,

do dziewcyny już gotowym.

A dziewcyna u drzwi stała

białe rącki załamała…

   Przyśpiewywał tak albo inaczej, maszerował zaś nie tyle z wieńcem, ile z rózgą weselną, która właśnie tego wieczoru sporządziły mu druhny. Miała ona rozmaite kształty i wymiary, do dziś jednak do końca nie wiadomo, co dokładnie znaczyła.

   Była  symbolem dostojeństwa małżeńskiego – tak twierdzi Oskar Kolberg. Współcześni badacze skłaniają się raczej ku opinii, że był to symbol pana młodego. Rózga weselna wyróżniała w każdym razie osobę kierującą weselem, podobnie jak bat, którym osoba ta zachęcała do tańców, przypominała o rozkoszach stołu, a niekiedy i poskramiała co gorętszych kawalerów, gdy brali się za łby.

    Na Mazowszu rózga zwana koruną to gałąź jałowca przystrojona kwiatami i wstążkami, czasem z zawieszonym bucikiem, pończochą lub chustką, co było darem dla panny młodej od jej przyszłego męża. Góralskie dziewczyny robiły rózgę ze smreczka, na gałązkach którego wieszały jabłka, a ponadto stroiły go rutą, mirtem, lawendą, barwinkiem i czerwonymi wstążkami. Rózgi dzierżyło się w garściach niby berła, ale np. pod Krakowem była to ozdobna kita, którą przyczepiało się do czapki lub kapelusza.

   W ten ostatni wieczór gromada przychodziła do panny młodej na tzw. rozpleciny. Był śpiew ustrojonych pięknie druhen, nie brakowało także muzykantów.

Oj, ni mos tego na świecie,

Kto mój warkocyk rozplecie.

A jestem ja drużba twój,

Rozplotę, rozcesę warkoc twój.

A nie  będzies-ci go rozplatał,

Boś w niego złota nie sypał.

Kaz nam ją rozpleść mój starsy bracie,

Kaz-ze nam ją rozcesać.

   Druhny śpiewały, żaląc się w imieniu przyszłej młodej pani i zarazem spierając się ze skąpcem, co złota nie sypał, ale skory jest do rozplatania panieńskiego warkocza. Wcześnie jednak zaplatały dziewczynie włosy, wplątując w nie ciernie, szpilki i monety, zakładały jej chustkę na głowę i dopiero wtedy oddawały w ręce drużby. Ten już przytupywał do tańca, a taniec był „wolny” albo „powolny”. Panna zwykle popłakiwała i zapraszała do korowodu kolejno wszystkich zebranych, ściskając za nogi co starsze i godniejsze persony. Żegnała swój stan uroczyście, ale i próbowała uciec, gdy drużbowie porywali ją do tańca, a następnie sadzali na stołku, który pojawiał się na środku izby. Brat dziewczyny lub pierwszy drużba ściągał jej z głowy chustkę i przystępował do rozplatania włosów. W palce kłuły go ciernie i szpilki, druhny parskały śmiechem, potem zawodziły, w muzyce słychać było rzewne, pożegnalne tony. Kiedy z warkoczy sypały się pieniądze, druhny apelowały o dalsze składki „na grzebień”. Jeśli chciało się być weselnikiem i pokazać swój honor, trzeba było sięgać do kieszeni. Na koniec druhny zakładały dziewczynie na głowę  wianuszek z ruty i rozmarynu.

   W rozplecinach rzadko uczestniczył pan młody. W męskim gronie, bez ceremoniałów, wychylając kolejne kieliszki, rozstawał się na zawsze z kawalerską swobodą. Niebawem miał się zacząć generalny występ. Wesele!

   Zawsze musiało na nim być w nadmiarze jadła i picia, zawsze należało postawić się przed ludźmi.

   Gdy zbliżała się pora odjazdu do ślubu, zjawiał się pan młody z drużbami po  przyszłą małżonkę. Zieleniły się mirty i rozmaryny obok wstążeczek. Czasem były u czapek, czasem na surdutach, lecz zawsze stanowiły weselny wyróżnik, jak wianek albo kwiatki w warkoczach panny młodej. Druhny w osobnej izdebce ubierały pannę młodą. Zanim wyszła pan młody musiał  „ wykupić” rózgę. Dwie druhny i dwaj drużbowie trzymali za rogi chustkę z rózgą, a starosta zwany czasem „mówistą”, wygłaszał orację, zwykle wierszem. Czasami starostowie woleli mniej wierszować, natomiast mówić tak, ażeby każdemu robiło się cieplej od tego gadania, a wszystkie babskie rękawy rozcierały łzy po policzkach.

    Para młoda obłapiała rodziców za nogi i klękała, aż ci ją pobłogosławili i pokropili wodą święconą. Znowu było przemówienie, ale już krótsze, złożone z życzeń i przestróg, a wreszcie żalu, że dziewczę opuszcza rodzinne progi. Panna żegnała się kolejno z ojcem, matką, bratem, siostrą,  a niekiedy jeszcze z progiem, oknem, stołem czy piecem. Wreszcie następował odjazd. Orszak mknął  z muzyką i przyśpiewkami do kościoła. Panna młoda jechała z druhnami na wozie. Pan młody często jechał konno w otoczeniu galopujących drużbów, którzy raz po raz sięgali po flaszkę i częstowali stojących  wzdłuż drogi gapiów.

   Nie było welonów, białych sukien, garniturów, co w późniejszych latach przejęto z miasta. Królowały gorsety, kaftaniki, spódnice, sukmany, zimą kożuchy i zawsze porządne buty. „Trza być w butach na weselu” – powiadała Panna Młoda w „Weselu” Stanisława Wyspiańskiego.

   Wesele zawsze trwało długo, aby zadowolić wszystkich. Czy ktoś był na wesele zaproszony i paradował z mirtowym bukiecikiem, czy też przyglądał się wyłącznie gdzieś zza płotu, wesele obejmowało wszystkich, bo wszyscy musieli je widzieć, słyszeć i o nim gadać. Do uszu wdzierał się śpiew weselników i jazgot kapeli, a czasem wrzawa bójki.

   W dawniejszych czasach po ślubie jechano najpierw do dworu, by przypaść jaśnie państwu do kolan i zaprosić na wesele. W karczmie przecierano ławy, a przy drzwiach obwieszonych wstążkami czekała matka panny młodej. Witała parę gorzałką z dzbana oraz chlebem i serem, które trzymała na przetaku. Witał młoda parę także karczmarz ze swoją przebiegłą służalnością.

    Ucztę w karczmie, przerywaną tańcami, zwykle fundowali po połowie rodzice, chociaż bywało i tak,  że prowiant, przynajmniej częściowo, znosili sami goście.

    Weselnicy często dopiero wieczorem opuszczali karczmę, by z szumem i hukiem jechać do pani młodej na „obiad”. Bywało i tak, że  kompania rozbijała się na dwie części. W takim przypadku jedną „swoją” zabierał pan młody do siebie i on ją częstował, a dopiero po paru godzinach udawał się z gromadą do oblubienicy – jak pisze w „Kalendarzu  polskim” Józef Szczypka.

     Najczęściej obiad odbywał się wspólnie i goście zajeżdżali z fasonem przed dom młodej pani. Śpiewaniem przywoływano „matulę”, proszono o wpuszczenie wesela za próg, bo drzwi były zamknięte na cztery spusty. Matula dawała się uprosić i jeżeli w karczmie nie dokonała powitalnych ceremonii, wychodziła ku nowożeńcom „ z chlebem, solą i dobra wolą”. Młoda para brała dary, okrążała trzykrotnie stół, całowała wszystkie jego rogi, po czym kładła chleb na piecu. Nie musiało to zresztą tak wyglądać, ponieważ istniały, podobnie jak w innych sytuacjach weselnych, przeróżne odmiany. Zawsze jednak w tych symbolicznych gestach zabiegano o szczęście dla młodej pary i była to ceremonialna godność.

    Dużo zajęć miał starosta czy też starszy drużba. Do jego obowiązków przy obiedzie należało rozdzielanie potraw, on również wygłaszał do śmiechu wierszyki. Żeby starosty słuchano, często występował on z batem, trzaskając raz po raz tym atrybutem władzy. Starosta jako pierwszy kroił kołacz, bo bez kołacza – czy jak na wschodzie  korowaja – wesela nie było.

   Oskar Kolberg pisze, że: „ …była to bułka pszenna wielkości zwyczajnego chleba, na wierzchu miała plecionkę z ciasta w różne esy-floresy plecioną niby w warkocz i pełno barwinku ułożonego jak na głowie  panny młodej, a ponadto przystrojona była w złote i srebrne papierki trzęsące się za każdym poruszeniem”. Powiadano, że „ do korowaja potrzeba wody z Dunaja”, co miało świadczyć niezwykłości tego wyrobu.

     Gdy obiad miał się ku końcowi, zwykle zbierano składki na młodą parę. Hulano, co zrozumiałe zawsze sporo i z werwą o czym świadczą nazwy tańców: „odbijany”, „przebiegany”, „kołowrotek”, „krzyżak”, „obertas”. Koło północy cichły przytupy i przyśpiewki, drużbowie ocierali pot z czoła, baby zbierały się w kółko, paliły cienkie świeczki i śpiewały starą, znaną w całej Polsce, ale niezbyt już zrozumiałą pieśń o chmielu.

     Młodej pani wkładano na głowę ozdobny, haftowany czepek z białego płócienka lub tiulu – symbol, że odtąd wchodzi w krąg mężatek. Dawniej ceremoniał ten był uroczystszy i dłuższy, a pani młodej często wówczas obcinano warkocze, posadziwszy ją  na dzieży.

     Czepek mógł być oczywiście włożony dopiero po zdjęciu ślubnego wianka. Młoda pani udawała, ze chce zrzucić czepek na ziemię, wspólnie z druhnami żaliła się i popłakiwała nad swoim nieszczęsnym losem.

Moja matulu, moja kochana  - biorą mi wianecek,

moja matulu, moja kochana – kładą mi cepecek.

Moja matulu, moja kochana – biorą mi ruciany,

moja matulu, moja kochana – kładą mi niciany…

    Po czepinach było picie i jedzenie, wpadali przebierańcy  udający kupców, młoda pani próbowała uciec mężusiowi, ale przede wszystkim tańczono do upadłego. Z przyśpiewkami odprowadzano młodych do izby lub stodoły na pokładziny, życząc im dobrej nocy. Inaczej rzecz się miała, gdy młoda pani opuszczała rodzicielskie progi. Były wtedy paradne odwieziny, a młody pan zjawiał się rychło po posag, by przypadkiem małżonka nie zapomniała o krowach, zagłówkach, pierzynach i nieodzownej malowanej skrzyni z przyodziewkiem. Druhny żegnały ją wtedy śpiewem:

…Wiąż mi pani matko pierzynę,

dwie poduszki i skrzynię.

Daj mi pani matko co więcej,

wsyp mi do skrzyni, co brzęczy

   Gdy wóz z dobytkiem jechał na miejsce przeznaczenia, bielejąc wysoką piramidą zagłówków, wśród których siedziała na skrzyni młoda, należało sprostać jeszcze kilku ceremoniom. Wioskowi figlarze tarasowali drogę szlabanami z żerdzi, żądając okupu we flaszkach, świekra wychodziła z chlebem ku synowej, ta odbierała go z uszanowaniem, w izbie toczyła bochenek po stole, kroiła go i rozdawała zebranym, aby w przyszłości umiała piec, dzielić i karmić jak gospodyni. A potem znowu były napitki, tańce i śpiewy, w których przygadywano rodzicom pana młodego.

Powiadają ludzie, że tu u was dobrze,

a tu trzeba robić, jaż się skóra podrze.

   Rozpoczynali młodzi nową drogę życia – często znojną i trudną. Ale cóż – cierp teraz ciało,  kiedyś chciało. Ojciec pani młodej często oddychał z ulgą, że pozbył się z domu kłopotu, tym bardziej, gdy miał kilka córek na wydaniu. Każde wesele chłopskie było pokazem wewnętrznej więzi łączącej poszczególnych członków rodziny i publicznym poświadczeniem autorytetów, które nimi rządziły.

                                                                                                     Halina Kościńska

Ostatnio zmienianyśroda, 15 marzec 2017 12:32
Powrót na górę

Gmina Brzozów

  • Brzozów
  • Górki
  • Grabownica Starzeńska
  • Humniska
  • Przysietnica
  • Stara Wieś
  • Turze Pole
  • Zmiennica
  •  

Gmina Domaradz

  • Domaradz 
  • Barycz
  • Golcowa

Gmina Dydnia

  • Dydnia
  • Grabówka
  • Hroszówka
  • Jabłonka
  • Jabłonica Ruska
  • Końskie
  • Krzemienna
  • Krzywe
  • Niebocko
  • Niewistka
  • Obarzym
  • Temeszów
  • Ulucz
  • Witryłów
  • Wydrna

Gmina Haczów

  • Buków
  • Haczów
  • Jabłonica Polska
  • Jasionów
  • Malinówka
  • Trześniów
  • Wzdów

Gmina Jasienica Rosielna

  • Jasienica Rosielna
  • Blizne
  • Orzechówka
  • Wola Jasienicka
  •  

Gmina Nozdrzec

  • Nozdrzec
  • Hłudno
  • Huta Poręby
  • Izdebki
  • Siedliska
  • Wara
  • Wesoła
  • Wołodź

Gmina Dynów

  • Dynów
  • Bachórz
  • Dąbrówka Starzeńska
  • Dylągówka
  • Harta
  • Laskówka
  • Łubno
  • Pawłokoma
  • Ulanica
  • Wyręby
  •  

Powiat

  • Warto zobaczyć
  • Inne zdjęcia
  • Regionalne