Menu
Dzisiaj jest: 11 Grudzień 2019    |    Imieniny obchodzą: Waldemar, Damazy


SANOK BĘDZIE ZAOPATRYWAŁ BRZOZÓW W WODĘ...3

plus brzozow
reklama

Czasomierze i zagary.

Czasomierze i zegary.

 

Ludność od zarania dziejów, starała się zmierzyć upływający czas, świadczą o tym choćby mity ludów starożytnych. Wiemy, że mierzyli czas za pomocą zegarów słonecznych, piaskowych i wodnych. Wszystkie przetrwały do wieków średnich a piaskowe zwane klepsydrami do czasów współczesnych. Już w XII wieku w klasztorach zaczęto używać zegarów bijących o mechanizmach kółkowych. W XIII wieku powszechniejszymi stały się w Anglii, następnie we Włoszech, Francji i Niemieczech a od XIV wieku także w Polsce. Pierwszym polskim zegarem był krakowski godzinnik wieżowym zamontowany na wieży kościoła N.M.Panny, o którym już w 1390 r. wspominano w Księgach Miasta Krakowa. Jego opis znajdujemy jeszcze w XVII w.: ”...zegar piękną akkomodowany inwencyją. Najprzód każdego dnia globus miesięczny obraca się, wszystkie każdego miesiąca wyrażający kwadry, przytem są 2 niemałe statuy, więc za każdą godziną jedna z nich dzwoni i zębami, jakoby licząc uderza, pokąd bić nie przestanie (...) po zachodzie słońca zawsze tak samo w lecie, jako i zimie każdego czasu godzin 24 wybija jednakowym ciągiem”. W Krakowie w XVI wieku było jeszcze dwa zegary, jeden „ratuszowy” sprowadzony z Norymbergi a drugi na wieży katedry wawelskiej. Także w XV wiecznej Warszawie znajdujący się zegar na ratuszu zastąpiono nowym z warsztatu Pawła z Przemyśla. Poznański, ratuszowy „czasomierz” pojawił się w XVI wieku jako dzieło Barthela Wolfa z Gruben i ten także miał 24-godzinną podziałkę. Zegary te przetrwały średnio do 200 lat, nie znaczy to że były już bezużyteczne, zastępowano je nowszymi, bardziej dokładnymi i bogatszymi w zdobienia, np. nowy XIX wieczny zegar katedry wawelskiej miał już miedzianą tarczę i „opiewał na 8 łokci w przecięciu średnicy. W miarę rozprzestrzeniania się i upowszechniania fachu zegarmistrzowskiego coraz więcej miast miało swoje, jakże piękne zegary. Na przełomie XIX i XX wieku udoskonalano zegary i zegarki, zegarmistrzostwo bowiem stało się poważnym przedsięwzięciem w wielu krajach. W 1831 r. w Szwajcarii osiedlili się polscy zegarmistrzowie: Bandurski,   Gostkowski i najbardziej znany podporucznik Antoni Norbert Patek, uczestnik Powstania Listopadowego. Patek w 1839 wspólnie z innym emigrantem F. Czapkiem założył w Genewie manufakturę wytwarzającą zegarki. W 1845, po rozwiązaniu spółki z F. Czapkiem, rozpoczął współpracę z francuskim wynalazcą (m.in. mechanizmu naciągu główkowego) A. Philippe'em. Powstała wówczas firma Patek-Philippe, która działa do dziś, zegarki stały się najsłynniejsze w świecie acz niewiele osób zna ich polski rodowód.

W XX wieku pierwszą Krajową Fabrykę Zegarów założył w 1901 r. w Krośnie Michał Mięsowicz, 37 letni czeladnik zegarmistrzowski, terminujący w zakładzie swojego ojca Franciszka, praktykujący pod koniec wieku także w zakładach Galicji, Pragi i Wiednia zdobywając tytuł mistrzowski w swoim fachu. W pierwszym roku istnienia fabryki wykonano zegar dla zamku w Birczy a wkrótce powstało dalszych 70. Od początku istnienia zakładu zegary zyskały sympatię w Brzozowskiem. W 1903 r. pierwszy z nich w tym roku został zamontowany na wieży kościoła w Trześniowie, w 1910 kolejny, tym razem w kolegium Ojców Jezuitów w Starej Wsi a piętnaście lat później zgodnie z zamówieniem rajców zegar pojawił się na wieży brzozowskiego ratusza. Na wieżę kościelną Grabownicy trafił taki zegar po zakończeniu budowy (w latach 1913-1926) nowego kościoła. W regionie Podkarpacia wytwory krośnieńskiego zegarmistrza zobaczyć można w Korczynie i Dukli – wieże kościelne; w Rzeszowie i Ropczycach - wieże klasztorne oraz oczywiście w Krośnie – wieża ratusza, dom rodzinny, dzwonnica przy Kościele Farnym i na gmachu sądu. Zastanawiający jest ich brak np. w Sanoku Jaśle czy Lesku, czyżby dla mieszczan tych miast były one za drogie. Nie zdziwmy się jednak, będąc na Helu, że czas na budynku Poczty - też pokaże nam krośnieński zegar, a poza granicami kraju np. we Lwowie, Tarnopolu, Drohobyczu czy Rawie Ruskiej. Sława krośnieńskich zegarów sięgała bardzo daleko, gdyż w okresie 1927-1929 wystawiane były na Targach Poznańskich a w 1929 r. także na Targach Wschodnich we Lwowie.

Najważniejszym fragmentem każdego z zegarów, jego sercem był mechanizm zwany „werkiem”, wykonany z najlepszych stopów metali, pozwalających na długi okres użytkowania. „Wahadło” drewniane zakończone było metalową „szajbą”. Przy mechanizmie głównym umieszczano „tarczę kontrolną” pokazującą tą samą godzinę co na tarczy bądź tarczach głównych. Cały mechanizm znajdował się w drewnianej szafie, umieszczonej nawet o kilka metrów niżej niż tarcze (np. w zegarze brzozowskim). Ważnym elementem były także „młoty dzwonne”, pozwalające na słyszalność wybijania godzin nawet na odległość jednego kilometra. Zegar mógł posiadać także „mechanizm alarmowy” pozwalający po zwolnieniu blokady na długie bicie młotów zegarowych w dzwony, alarmujące tym samym całą okolicę

Zróżnicowane były wielkość i ciężar zegara, co uzależniano nie tylko od wymogów zamawiającego ale także miejsca usytuowania; średnio waga wahała się w granicach od 200 do 800 kg a jego koszt od 2 do 12 tys. zł.

Kieszonkowy zegarek pojawił się także w XV wieku, pierwszy powstał w warsztacie Piotra Hele w Norymberdze i z powodu kształtu zegarki te zwano jajkami norymberskimi a w Polsce zwano je „pektoralikami”. Noszone początkowo na taśmach (przez zacnych mężów) i na wstążkach (przez damy), dopiero później pojawiły się łańcuszki. Epokowym wydarzeniem dla zegarmistrzostwa było wynalezienie w XVII wieku wahadła i zastosowanie go do zegarów. Oprócz zegarów wieżowych na uwagę zasługiwały i zasługują zegary stojące i ścienne. W skarbcu katedralnym na Wawelu znajduje się np. stojący ozdobny zegar złożony podobno przez króla Zygmunta Starego. Zygmunt III Waza miał darować miał darować nuncjuszowi Gaetano zegar w kształcie świątyni, w której uderzeniem godziny poruszała się papieska procesja.

Zegary te przeżywają dziś swój renesans, są zadbane, systematycznie konserwowane, o ich „dusze” dbają współcześni mistrzowie zegarmistrzowscy. I choć każdy z nas posiada w domu lub na ręku nowoczesne „elektroniki” z sympatią jednak spoglądamy się na wieżowe czasomierze, kominkowe cacka czy kieszonkowe już antyki.

A powspominać warto patrząc choćby na nowe zegary, zamontowane na budynku szkolnym w Niebocku, na Urzędzie Gminy w Dydni czy Nozdrzcu, szczególnie gdy w czas „kanikuły” dobiegnie nas głos jego kurantów…

(jww)

Emigracja zarobkowa za ocean.

Emigracja zarobkowa za ocean.

 

Ważnym i nowym elementem rozwoju gospodarczego przełomu XIX/XX wieku były wyjazdy setek tysięcy, a nawet milionów ludzi do innych, bardziej rozwiniętych krajów, w poszukiwaniu pracy i zarobku. Nazwano to emigracją zarobkową. Pierwsze większe migracje miały miejsce w latach 1821-1840, gdzie do innych krajów wyjechało 2 mln ludzi. Faktyczna, masowa migracja nastała dopiero w drugiej połowie XIX wieku. Sprzyjał temu rozwój komunikacji morskiej, ale przede wszystkim – wzrost liczby mieszkańców Europy o około 200% w ciągu jednego stulecia. W latach 1750-1914 z Europy wyjechało około 60 mln emigrantów. W tym okresie wyjeżdżali ludzie w większości z biednych regionów czy ziem np. jugosłowiańskiej, włoskiej, irlandzkiej, ale i terenów polskich, węgierskich czy czeskich. Jechali w nieznane gnani własną nędzą a jednocześnie nadziejami szybkiego wzbogacenia się, rozsiewanymi zwłaszcza przez agentów werbujących w ten sposób robotników do różnych fabryk czy plantacji. Najwięcej emigrantów kierowało się do Stanów Zjednoczonych oraz Kanady, Australii, Nowej Zelandii, Argentyny a zwłaszcza Brazylii.

Na ziemiach polskich najbiedniejszym regionem była Galicja. Chłopi małorolni stanowili tu ogromną większość, w niektórych powiatach nawet 90% gospodarstw. Sąsiadowały one z wielkimi majątkami ziemskimi bogatej szlachty i arystokracji. Słaby rozwój przemysłu najczęściej uniemożliwiał synom chłopskim znalezienie pracy w mieście. Dlatego niemal wszystkie dzieci pozostawały na wsi, wpływało to na szybkie dzielnie gospodarstw chłopskich na coraz to mniejsze, co w wyniku uniemożliwiało utrzymaniu rodziny.

Stąd też na przełomie XIX/XX wieku z przeludnionych wsi Galicji w tym także z powiatu brzozowskiego „za chlebem” wiele osób migrowało za Ocean. Według licznych ogłoszeń w prasie, ale też tzw. „werbowników” - zachęcano do wyjazdu, organizując lub zapewniając o zorganizowaniu, ułatwieniu wyjazdu wielu rodzinom. Mieszkańcy Podkarpacia niejednokrotnie sprzedawali swe liche gospodarstwa za zaniżoną cenę, aby mieć pieniądze na wyjazd za granicę. Tam upatrywano, bowiem poprawy warunków życia, poprawy biednego losu, tam miał być ich Eden. Wobec coraz większej migracji opiekę nad uchodźcami zaczęło sprawować pow stałe na przełomie wieku Towarzystwo Opieki nad Wychodźca mi. Towarzystwo orga nizowało pomoc w emi gracji do krajów głównie zamorskich, gdzie znajdowały się przedstawicielstwa Austrii (pamiętajmy, że Polska odzyskała niepodległość dopiero w 1918 r.). Towarzystwo za pośred nictwem swych tereno wych przedsta wicieli miało nie tyle zachęcać ile pomagać w przysz łym emigrantom w ułat wieniu zakupu biletu na statek, a na miejscu w znalezieniu lub przy dzieleniu ziemi pod uprawę i budowę domu. Dla wielu pośredników stało się to źródłem niezłego zarobku. Proponując wyjazd pobierano kwotę rzekomo dla załatwienia formalności wyjazdu a w rzeczywistości dwukrotnie większą. Pośrednicy z Galicji docierali ze swoimi ofertami także na teren Węgier, gdzie zachęcali do wyjazdu, zapewniając załatwienie formalności morskich w portach Bałtyckich. Węgrzy na teren Galicji (Podkarpacia) wędrowali pieszo lub dostawali się tu pociągami i stąd właśnie mieli mieć wykupione bilety do Gdańska. Wiele z tych osób nie miało żadnych dokumentów, wierzyli bowiem na słowo, że to się załatwi, że to się uda.

W okresie ostatnich 10 lat XIX wieku tylko do Brazylii z krajów opanowanych przez CK Austrię przyjechało około 1 milion kolonistów. Pomimo, iż Compania Metropolitan, prowadząca przewozy do Brazylii informowała, iż warunki bytowe w Brazylii są bardzo złe, że pogorszyły się warunki pracy i znacznie wzrosły ceny żywności, że klimat nie sprzyja Europejczykom a także, że do Polski wróciło około 10 tysięcy niedoszłych osadników – nie przekazywano tych treści na teren Galicji. A że problemem stały się działania tzw. werbowników może świadczyć pismo skierowane 18 października 1910 r. przez CK Starostę brzozowskiego do Zwierzchności Gminnej w Brzozowie, w którym czytamy: „W skutek pisma Towarzystwa Opieki nad Wychodźcami Opatrzności w Krakowie w dnia 14 października br., zawiadamia się Zwierzchność Gminną, że Towarzystwo powyższe z dniem 14 października 1910 roku cofa swe uprawnienia wydane 15 marca 1910 r. Panu B.T z Brzozowa do prowadzenia biura Opieki nad Wychodźcami Opatrzności w Brzozowie. W skutek tego polecam Zwierzchności Gminnej, aby wezwała Pana T(..), by tenże zaprzestał dalszego prowadzenia biura oraz spraw w zakres tego biura wchodzącego i aby mu poleciła szyld swej firmy bezzwłocznie usunąć...”

Już po krótkim pobycie w Brazylii część z emigrantów przemieściła się do Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej. W latach 1897-98 do Stanów Zjednoczonych przybyło z Galicji 12420 osób. Według konsulatu w Nowym Jorku – znaczna część ludności padła ofiarą niesumiennych agentów-pośredników, wobec których, z braku jakiejkolwiek wiadomości ludność ta była bezbronna. Wśród tych 12 tysięcy osób 3503 było analfabetami. Stąd też i ze Stanów Zjednoczonych nasi emigranci wyjeżdżali do Ameryki Południowej bądź Kanady.

W pierwszym 10-leciu XX wieku nasiliły się rekrutacje do wyjazdów do Ekwadoru, gdzie zapewniano prace w kopalni złota. Ambasada CK Monarchii Austro-Węgierskiej przestrzegała przed beznadziejnymi warunkami pracy przyszłych emigrantów. Podobnie było z wyjazdami do Nikaragui, pisano m.in. „... kraj ten leży w gorącej strefie amerykańskiej, dla Europejczyków nieznośny, brak tam dróg i szlaków komunikacyjnych...”. Te apele także nie były dostatecznie rozpowszechniane. Emigranci w Ameryce Południowej w zdecydowanej większości przypadków cierpieli gorszą nędzę niż w Galicji. Niemożność znalezienia pracy, obowiązujące ustawy kolonialne nie dające podstaw do otrzymania kredytu gospodarczego na pokonanie pierwszych trudności powodowały głód całych rodzin. Przez krótki okres w Panamie udzielano kolonistom krótkich, 6-miesięcznych pożyczek tj. do zebrania i sprzedania plonów z otrzymanej działki. Zbiory te nie dawały jednak wielu przypadkach dochodów pozwalających na spłaty rat pożyczki i bieżące życie stąd też, aby otrzymać artykuły żywnościowe koloniści musieli pracować 3 dni w tygodniu w lesie, odrabiając zaległe raty. Zakwaterowani po kilka rodzin w jednym baraku, z których często mieli do swych pól lub (lasów gdzie odrabiali pożyczki) po kilka godzin drogi. Stąd też budowa ich własnych domów szła bardzo wolno. Założona przez Towarzystwo Kolejowe „Brasil Railway Company” kolonia Legru przy Porti da Unia oferowała bardzo złą ziemię, stąd też wielu emigrantów, którzy otrzymali tam swoje przydziały, pomimo pożyczek, nie było w stanie utrzymać się i zwracać rat za kredyty. Wielu opuszczało kolonie udając się do miast lub wracając do ojczyzny. Część znalazła zatrudnienie na plantacjach kawy, gdzie oszczędzali zarobki dzienne wynoszące od 4 do 6,5 korony. Często jednak ten zarobek przez właściciela nie był im wypłacany, np., gdy sam właściciel plantacji posiadał zadłużenie, potrącano wówczas z zarobku 30-40%. W początku drugiej dekady XX wieku, aby wyjechać do Kanady emigrant musiał mieć 25$ (tj. 125 koron) i wykazać się nabytą „kartą jazdy” do swego miejsca przeznaczenia w Kanadzie lub wykazać się, że posiada kwotę na zakup takiej karty. Ponadto musiał posiadać po 12,5$ na każde dziecko w wieku 5-18 lat. Gdyby emigrant przebywał do Kanady pomiędzy 1 listopada a ostatnim dniem lutego musiał kwoty te posiadać podwójnie. Były także zwolnienia od ww. kwot w przypadkach, gdy: „...Udawał się jako robotnik rolny do zatrudnienia mu przyobiecanego” i posiadał niezbędne środki do przybycia na miejsce zatrudnienia; gdy emigrantka skierowana została „do pewniej jej przyobiecanej służby domowej” lub, gdy udawano się do krewnego, żona do męża, dziecko do rodziców małoletni do siostry, ale każda z tych osób musiała posiadać źródło stałego utrzymania.

Ruchy migracyjne przerwała pierwsza wojna światowa. Odzyskanie niepodległości Polski i nadzieje z tym związane wstrzymały fale wyjazdów za ocean, częstszą stawała się migracja wewnętrzna, do miast, do pracy w powstających zakładach przemysłowych między innymi Centralnego Okręgu Przemysłowego (COP). Kolejne fale emigracji to dopiero okres przełomu „polskiego sierpnia”, powstała w tym okresie „młoda emigracja” w USA, Australii, Anglii i innych krajach, z którą nie zawsze „stara” emigracja utrzymywała i utrzymuje bliższe kontakty. I wydawałoby się, że zakończyły masowe wyjazdy „za chlebem”, zakończyły jednak tylko na 15 lat. Po naszym wejściu do Unii Europejskiej, pomimo blokady zatrudnienia dla mieszkańców nowych państw unijnych, wielu Polaków pracuje tam nie tylko „na czarno”, bowiem tylko do Anglii, do Londynu w 2004 r. według oficjalnych statystyk wyjechało 30 tys. Polaków, ale można przyjąć, że faktycznie jest ich dwukrotnie więcej, biorąc pod uwagę tzw. „ciemną liczbę”. Czy po zniesieniu blokady zatrudnienia i umożliwieniu podejmowania pracy Polakom „na Zachodzie” Polska będzie tylko sypialnią i krajem ludzi w podeszłym wieku, pokażą najbliższe lata.

 

Jan Wolak

Brzozowski zdrój w fotografii

 Zdjęcia w tym katalogu zostały wykonane przez Antoniego Kościelnago i Jana Kościelnego, pochodzą ze zbiorów rodzinnych Grzegorza Kościelnego. WYKORZYSTYWANIE ZDJĘĆ TU ZAMIESZCZONYCH W JAKIEJKOLWIEK FORMIE, BEZ ZGODY WŁŚCICIELI - ZABRONIONE.

Społeczność żydowska w Brzozowskiem.

NA PRZESTRZENI DZIEJÓW:

ZWIĄZKI ŻYDÓW Z REGIONEM BRZOZOWSKIM

Osadnictwo na Ziemi Sanockiej, obejmującej Brzozowskie sięgające czasów Kazimierza Wielkiego nie odnotowuje ludności żydowskiej, Żydów nie spotyka my na tym terenie jeszcze w XV wieku. W XVI-wiecznej Polsce w tym i w Ziemi Sanockiej znane są już nazwiska Żydów oraz ich działalność, spis mieszkańców Leska z 1565 r. wymienia nazwisko przesiedlonego tam z Dynowa Aarona; zapewne w tym wieku powstała tu samodzielna gmina wyznaniowa. Na cmentarzu żydowskim w Dynowie znajdowały się nagrobki pochodzące jeszcze z XVI wieku min. cadyka Herscha Meilecha.

 W Brzozowie - mieście biskupim, zgodnie z postanowieniem wydanym 27 kwietnia 1676 r. przez biskupa Stanisława Sarnowskiego zabroniono osiedlania się innowiercom "... naprzód tedy chcemy y warujemy to, aby inszey religiey człowiek mianowicie Żyd, Heretyk, Schizmatyk tu się sadowić, mieszkać... nie mógł y nie ważył..." - czytamy w akcie potwierdzenia praw miejskich. Decyzja ta dotyczyła całego klucza dóbr biskupich obejmującego ponadto Domaradz i Jaśliska stąd też przez długi czas, praktycznie do rozbiorów, zamieszkiwała tylko jedna rodzina żydowska, ciesząca się jakimis względami biskupimi. Na Podkarpaciu Żydzi dość szybko wrośli w pejzaż wsi i miasteczek. Powstałe gminy w XVI i XVII wieku rządziły się swoimi prawami, posiadały autonomię sądów. Przywilejem Jana Kazimierza z 1660 r. "starsi" mieli prawo do szeroko rozumianych spraw kryminalnych, mogli karać chłostą sprawców, więzić ich, a także w najcięższych przestępstwach orzekać karę obcięcia uszu.. Rolę więzień spełniały wieże przy synagogach; w dolnej jej części przebywali więźniowie kryminalni, w górnej sprawcy mniej dotkliwych przestępstw. Znane były kontakty podkarpackich Żydów z Krakowem, o czym poświadczają księgi celne krakowskie: w 1593 r. przyjeżdżało tam dwóch z Leska, w 1636 r. jeden ze Żmigrodu /w 1751 r. odnotowano ich 13 razy/, w 1681 r. jeden z Rymanowa. Częste były straty w mieniu Żydów zajmujących się kramarstwem, w 1612 r. zostali obrabowani w Woli Michowej dwaj Żydzi z Leska, w 1654 r. obrabowany i pobity został kramarz w Radoszycach a w 1660 r. w Wołosatem. Koniec XVII i początek XVIII wieku dał znaczny rozwój osadnictwa żydowskiego w południowych i północnych terenach Ziemi Sanockiej. Tylko w Lesku i Dynowie liczba ich przekroczyła 1 tys. osób. W Dynowie na przełomie wieków powstała nawet ulica Żydowska. Wpływało na to ożywienie kontaktów handlowych ze Słowacją i Węgrami a szczególnie przywileje królewskie i polityka opiekuńcza miejscowej szlachty. Przywilej Jana III Sobieskiego z 1691 r. umożliwiał im budowanie domów na terenie zamkowym, zajmowania się tamże handlem m.in. prowadzeniem jatek (w 1711/1712 r. było 5 rzeźników) i rzemiosłem (min. było po jednym - złotniku, kuśnierzu, kotlarzu; 2 cyrulików; 3 - krawców) na terenie Dynowa, nie bez znaczenia była opieka miejscowej szlachty min. Wapowskich - właścicieli miasteczka, z którymi łączyły ich wspólne interesy handlowe. Na przełomie wieku powstała tu cała ulica żydowska leżąca poza południowo-wschodnią pierzeją rynku. W połowie XVIII w. z 32 domów w rynku już 27 należało do społeczności żydowskiej. Posiadali także własne obiekty użyteczności publicznej np. łaźnię oraz specjalny dom położony przy ratuszu gdzie zamieszkiwali cyrulicy, od 1730 r. zamieszkiwał tu cyrulik Szymon Moszkowicz.

       Inna sytuacja była w Brzozowie, mieście biskupim; gdzie uniemożliwiano wręcz osadnictwo żydowskie. W tym okresie na 111 domów tylko dwa były w posiadaniu Żydów. Podyktowane było to działalnością właścicieli, którzy wprowadzali sankcje wobec ludności żydowskiej np. zabraniające handlu, organizacji zabaw i wesel w dni świąt chrześcijańskich; zatrudniania do pracy chrześcijan u Żydów. Za nieprzestrzegania tego ostatniego zakazu np. Żyd domaradzki został ukarany przez biskupa Sierakowskiego karą 1 k a m i e n i a wosku, z przeznaczeniem na potrzeby kościoła a jego służącą na pięćdziesiąt p l a g.

Żydzi w tym okresie zajmowali się także zbójnictwem, słynny rozbójnik bieszczadzki - Jankiel Wolf został pojmany jesienią 1786 r. w Brzozowie i stracony rok później we Lwowie. Wprawdzie Kolberg pisał o nim: "Wolf był to rozbójnik Żyd, głośny około 1798 r. w Sanockiem. Miał swoją bandę, i podobnie jak o innych zbójcach, opowiadano o nim czyny i odwagi i pewnej szlachetności w postępowaniu. Schwytany przez Rojnika, lubo się wymknął, wypatrzony jednak i zabity przezeń i pachołka został w żydowskim domku jednego miasteczka". Nie występują Żydzi w Brzozowie w spisie ludności Korony z 1764 r. spotykane natomiast dane dotyczące ich pobytu w Dynowie są wiarygodne. W 1777 r. miejscowość ta znana była jako jeden z mniejszych acz ruchliwszych ośrodków miejskich. Na podstawie opłat podatku tolerancyjnego w Galicji znajdował się na 8 miejscu (dane niepełne) z kwotą podatku tolerancyjnego /zawiera wielkość 1228 złr/ opłat rocznych. Już wówczas Żydzi dodawali nie tylko kolorytu miasteczku, ale też decydowali o jego aktywności handlowej i bogactwie mieszkańców. W latach 1785 - 1851 przebywał tu znany cadyk Cui Elimelech Szapiro W sprawach handlu, w szerszym zakresie niż miejscowy, nie odnotowywano jednak obecności kupców żydowskich np. w komorach celnych Polski południowo-wschodniej; w komorze baligrodzkiej znani byli dwaj polscy kupcy z Brzozowa natomiast w komorze krakowskiej odnotowano jednego polskiego kupca z Dynowa. Jednym z brzozowskich Żydów z tego okresu był Szmuklerz. Wspomina o tym dekret cesarski z 29 listiopada 1789 r., gdyż pozwolono mu na „robienie interesów w mieście”, lecz zabroniono tu osiedlać się i sprowadzić rodzinę. B Brzozowie zachorował na cholerę i zmarł. Z ww. dekretu wynika także, iż mieszkańcy miasta złożyli skargę na Żydów, którzy ogrodzili kirkut pod lasem biskupim, na którym pochowano przyjezdnych przedstawicieli tej społeczności, zmarłych tu na cholerę. Wynika z tego iż kontakty tej społeczności z brzozowskim grodem trwały już długo, skoro dla chowania zmarłych wydzielono miejsce na kirkut...

-------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

   Jest to fragment większej całości, obejmujący około stu stron tekstu. Opracowanie powyższe sięga czasów końca II wojny światowej i opuszczenia regionu przez ukrywających się tu Żydów Dla autora ciagle brak wielu wątków stąd też praca to nie jest wydana drukiem. Jeżeli czytający posiadają jakiekolwiek wiadomości, zasłyszane choćby, a chcieliby mieć swój udział w tworzonej próbie monografii tej społeczności w regionie brzozowskim, obejmującym także Dynowszczyznę, będę wdzięczny za wszelkie sugestie i informacje. Szczególnie interesuje mnie udzielanie pomocy Żydom w czasie wojny jak też, donoszenie niemieckim władzom okupacyjnym na Polaków, którzy Żydów ukrywali.  Proszę o kontakt na adres portalu, odezwę się do każdego, kto zechce napisać. Dziękuję.

Autor

Gmina Brzozów

  • Brzozów
  • Górki
  • Grabownica Starzeńska
  • Humniska
  • Przysietnica
  • Stara Wieś
  • Turze Pole
  • Zmiennica
  •  

Gmina Domaradz

  • Domaradz 
  • Barycz
  • Golcowa

Gmina Dydnia

  • Dydnia
  • Grabówka
  • Hroszówka
  • Jabłonka
  • Jabłonica Ruska
  • Końskie
  • Krzemienna
  • Krzywe
  • Niebocko
  • Niewistka
  • Obarzym
  • Temeszów
  • Ulucz
  • Witryłów
  • Wydrna

Gmina Haczów

  • Buków
  • Haczów
  • Jabłonica Polska
  • Jasionów
  • Malinówka
  • Trześniów
  • Wzdów

Gmina Jasienica Rosielna

  • Jasienica Rosielna
  • Blizne
  • Orzechówka
  • Wola Jasienicka
  •  

Gmina Nozdrzec

  • Nozdrzec
  • Hłudno
  • Huta Poręby
  • Izdebki
  • Siedliska
  • Wara
  • Wesoła
  • Wołodź

Gmina Dynów

  • Dynów
  • Bachórz
  • Dąbrówka Starzeńska
  • Dylągówka
  • Harta
  • Laskówka
  • Łubno
  • Pawłokoma
  • Ulanica
  • Wyręby
  •  

Powiat

  • Warto zobaczyć
  • Inne zdjęcia
  • Regionalne